Notka zupełnie a’polityczna.
Początek roku przyniósł zaskakująco dobre rozwiązania.
Po pierwsze wolność. I to wolność w dużym stopniu zupełnie niezależną od byłego męża. Druga z kolei sprawa rozwodowa przebiegła sprawnie a zakończenie jej było, sądząc po minie pozwanego, zupełnie niespodziewane. Wywiad kuratora okazał się bardzo niepokojący i spowodował ograniczenie władzy rodzicielskiej. Sąd uznał (i słusznie!), że istnieją przesłanki do całkowitego pozbawienia ojca owych praw.
Działając wspaniałomyślnie (a może bezmyślnie?) i wbrew namowom sądu zrezygnowałam na razie z rozpoczęcia tego postępowania. Jednocześnie ograniczyłam wizyty Córki u taty do jednej w miesiącu. Jak do tej pory pretensji nikt nie zgłasza.
Po drugie, żeby zachować równowagę w przyrodzie, wprost z deszczu wpadam pod rynnę (wszak lubię moknąć!) i z końcem roku szkolnego zamieniam Śląsk na Małopolskę. Kilkadziesiąt metrów kwadratowych na trzysta trzydzieści (teraz to dopiero będę miała, co sprzątać). Oprócz jednej nieletniej Córki, będę miała jeszcze dwie pełnoletnie.
Ha! To dopiero daje możliwości :-)
Byłego, o rok młodszego męża zamieniam na starszego…jeszcze nie męża!
I tak się zastanawiam.
Lepiej być konkubiną, czy macochą?
Macochą, czy konkubiną? :-)
Życie pisze najbardziej popieprzone scenariusze.